Mój pierwszy poważny kontakt z łaciną to 1. lekcja w I LO w moim liceum (już teraz byłym, chlipu chlip ;-(). Moja wspaniała soreczka i jednocześnie wychowawczyni zrobiła z nami lekcję o wymowie i dała nam teksty z I etapu poprzednich olimpiad z łaciny i czytaliśmy głośno. Ja czytałem o Ifikratesie i dostałem 5

A następnie któregoś dnia trafiła się 3 za koniugacje (to był poniedziałek) a na następnej lekcji (we czwartek) byłem pewien, że mnie nie zapyta,ale Magistra spłatała mi figla, zapytała mnie i postawiła mi soczytą kosę

Mniej więcej do połowy listopada 2003 roku nie znosiłem łaciny, rzucałem 1. częścią "Lingua Latina lingua nostra" po pokoju i kląłem na ten idiotyczny przedmiot. Ale spodobała mi się po nauce 3. deklinacji

potem poszło jak z płatka, na koniec I klasy wyciągałem połowę moich znajomków na wyższe oceny albo chociaż na dwóje, żeby zdali

A II i III klasa to już rozwijanie nieustanne wiedzy i szlifowanie (ciągle miernego

) warsztatu translatorycznego
I tak człowiek doszedł do tytułu finalisty XXIV Olimpiady Języka Łacińskiego

:D:D