Gdy zaczynałem się bliżej zajmować łaciną, a było to w połowie drugiej klasy liceum, kiedy po raz pierwszy przetłumaczyłem samodzielnie w całości tekst łaciński, jakim była historia nimfy Arachne, moja miłość do łaciny miała wielką moc. Pół roku później spróbowałem swoich sił z Cezarem, który w wielu miejscach okazał się równie niemożliwy do przebycia jak Alpy w trzeciej księdze "De bello Gallico", niemniej w wakacje z ciekawości zdołałem jako tako przełożyć pierwsze cztery księgi wspomnianego dzieła. Oceniając dzisiaj swoje tłumaczenie stwierdzam, że jest ono "zepsute" w co najmniej 70%, ale nie byłem wówczas skrupulatnym badaczem każdego słowa, któż zresztą w miłości uciekałby się do interpretacji, nie ma na to czasu, nieznane wzywa. W trzeciej klasie liceum moja miłość do języka łacińskiego nie słabła, wybujała natomiast gwałtownie szczera nienawiść do wszelkich wytworów literackich Marka Tulliusza Cycerona. Co prawda moja nauczycielka starała mi się ukazać dyskretnie niezaprzeczalny kunszt i artyzm pierwszej katylinarki, dla mnie jednak była to droga cierniowa, znaczona jękami znużenia przy dłuższych a.c.i. i stłumionym okrzykiem przerażenia, gdy pojawiał się w tekście straszliwy coniunctivus. Miałem wówczas taktykę z pewnością wspólną wielu początkującym łacinnikom, polegającą na ignorowaniu coniunctivów i tłumaczenie ich jako indicativus. Zabieg ów dawał co prawda jakiś sens, daleki jednak od sensu prawdziwego, bo wówczas gramatyka nie była dla mnie tak ważna, jak właśnie dowiedzenie się, o co w tekście chodzi, a nie chciałem korzystać z tłumaczeń i ta odraza pozostała mi do dzisiaj. W połowie klasy trzeciej zdarzyło mi się brać udział w olimpiadzie i cóż? - tragiczny wybór pomiędzy Cyceronem lub Liwiuszem. Zważywszy, że Liwiusz był dla mnie wówczas białą plamą na mapie znajomości tekstów łacińskich, wybrałem więc wciąż znienawidzonego Cycerona. Jakoś dało radę, ale koniec końców nic z olimpiady nie wyszło. Na maturze natomiast powyższy tragiczny wybór pojawił się ponownie, tym razem jednak wybrałem gentlemana z Patavium. Powiem jedynie, że nie okazał się on ani trochę "gentle" i nie do końca jestem przekonany, czy rzeczywiście to Herkules zabił Cacusa w jedym ze swoich epizodów w Italii, czy było zgoła odwrotnie. No ale matura też jako tako się powiodła. Na I roku studiów ponownie Nepos, Cezar i pewne novum w postaci Catullusa (w liceum był jego przyspieszony kurs), z greki natomiast sentencje Menandra z ich często niezwykle ważkim i nieprzeciętnym, jak się okazywało na zdawaniu lektury, sensem. A więc I rok to była jedna wielka powtórka z wszystkiego połączona z aklimatyzacją i szukania sobie miejsca we wszechświecie. Na drugim roku było już znacznie więcej Cycerona, który z obiektu miotanych periodycznie wulgaryzmów stał się numerem jeden, jeśli chodzi o prozę łacińską i jest nim do dzisiaj, darzę go szczerym szacunkiem jako pisarza, bo z żywotem różnie bywało. Polubiłem również bardzo grekę w miarę, jak zaczęły pojawiać się bardziej konkretne i obszerniejsze teksty niż marne strzępy bez ładu i składu oraz bzdurne czytanki z "Mormolyke". Obecnie natomiast na III roku proza czy poezja łacińska interesuje mnie już mniej, choć Owidiusz i Horacy nadal rządzą, Wergiliusz mniej, nie mogę mu wybaczyć "Georgik" (gorąca miłość kochanka zmieniła się w stateczny związek w stadle), za to cały swój płomienny afekt skierowałem w stronę greki, głównie poezji archaicznej (Safona, Alkajos, elegicy) oraz Homera (czemu dopiero na V roku? czyżby gramatyka historyczna?). I tak to się przedstawia, brewiarium dziejów adepta filologii klasycznej. Mogę mieć tylko nadzieję, że się jeszcze wydłuży i będzie można na ten temat napisać tyle, ile Liwiusz.
